Nowy adres ! >> środa, 19 marca 2008 17:26:04
Uwaga, uwaga ! Ja- bardzo zdolna psuja spierdzieliłam sobie bloga, co pewnie zauważyliście. Jeśli ktoś odpowiedział na moją prośbę z poprzedniej notki, dziękuję. Niestety nie da się tego odczytać, tak jak myślałam. Ok, tak więc byłam zmuszona założyć nowego bloga. Nowe odcinki właśnie tam się będą znajdowały.
www.in-ross-eyes.mylog.pl
Zapraszam !! I pozdrawiam wszystkich :*
Edit-> Podejrzewam,że osoba, która zrobiła ten szablon coś popieprzyła. Myślałam,że to tylko ja ale na nowym adresie też nie działał O_o Nie wiem, moze to wina myloga. Ale w każdym bądź razie nowy blog nie działa..Odezwę się jak coś uda mi się zrobić..tzn. Nie wiem kiedy.
komentarze [4]

Odcinek 10. >> wtorek, 11 marca 2008 21:25:31
EDIT-> Kurwa jasna mać! Niech mnie klapa od klozetu ściśnie! No sorry, wkurzyłam się. Wstawiłam nowy szablon, ale jak właziłam np. na o mnie to dalej był stary. To dajesz! Skopiowałam kod z głownej strony i wkleiłam do komentarzy, księgi gości itd. No i teraz koma nie można dać! Co się dzieje?! Weźcie mnie oświećcie bo zawału dostanę. Kierunek księga gości albo gadu- 9461189. Help !
----------------------------
- A może tak?- Uderzyłem w odpowiedni akord. Z gitary wydobył się całkem przyjemny dźwięk.
- Hm..- Spencer wstał i zaczął przechadzać się po garażu.- Nie wydaje wam się,że początek powinien być spokojny a potem..
- Na zasadzie podkręcania tempa?- Podchwycił Brent.
- Właśnie !- Spenc klasnął w dłonie.
- No ok, to może tak?- Tym razem dźwięk był spokojniejszy.
Chłopcy pokręcili twierdząco głowami. Pochyliłem się nad kartką, notując nowe odkrycie.
- You are still here. You still meet me in my nightmares.- Zacytowałem.- Na tym fragmencie musi być energicznie.
Zapaliłem lampę, bo robiło się coraz ciemniej.
- Zróbmy sobie przerwę.- Zaproponował Spenc, rozkładając się na postrzępionym fotelu.- Albo zaśpiewajmy coś innego!
Unieśliśmy brwi w górę. Chłopak po chwili znalazł się za perkusją i zaczął w nią uderzać pałeczkami.
- Ryan Ross ma krzywy nos..O-O-O! A Willson Brent do makaronu wstręt.- (energiczne uderzenie)
- EJJJ!!!- Wrzasnęliśmy, poczym prędko chwyciliśmy w ręce swoje gitary.
- Smith Spencer ma usyfione ręce!- Zawyłem.
- I chodzi w sukience!- Zawtórował mi Brent.
Po chwili krzyczeliśmy już jeden przez drugiego, byle szybciej i byle co.
- A ROSS RYAN WYGLĄDA JAK PAWIAN !!
Nagle dało się słyszeć,że ktoś wszedł. Obróciliśmy się i ujrzeliśmy Danielle. Stała z dziwną miną na twarzy i uniesionymi brwami, w rękach trzymała kubki z parującą herbatą.
- Eee...to raczej nie brzmi jak wasza piosenka.
Wszyscy trzej parsknęliśmy niepohamowanym śmiechem. Dziewczyna usiadła na fotelu, stawiając kubki na niewielkim stoliku.
- Z cynamonem. Mam nadzieję,że pomaga na napady maksymalnej głupoty.
** Danielle **
Podczas długiej przerwy udałam się na szkolny dziedziniec, gdzie mieli na mnie czekać przyjaciele. Szłam, grzebiąc w torbie, gdy nagle ktoś zagrodził mi drogę.
- Stój.- Najpierw usłyszałam oziębły głos kuzyna a następnie zobaczyłam go tuż przed sobą.
- Tak?- Odezwałam się, dopinając torbę, a następnie biorąc się pod boki i wlepiając w niego spojrzenie.
Olly stał chwilę, mierząc mnie wzrokiem.
- Ty totalnie zwariowałaś.
- Co?
- MÓWIĘ, ŻE OSZALAŁAŚ!- Podniósł głos.- Jak mogłaś mnie tak wkopać?!- Wyrzyucił ręcę w górę.
- Widocznie mogłam.- Odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Okłamywałaś mnie, żeby ocalić tego łoma, Rossa i zrobić ze mnie pośmiewisko ! Teraz mam przerąbane !
- Słuchaj, wcale mnie to nie smuci. A Ryan nie jest łomem !- Rzuciłam zdenerwowana, dźgając go palcem w pierś.
- Jest ! Masz to odkręcić!
- Nie! BO SOBIE NA TO ZASŁUŻYŁEŚ!
- CO?!
- TO!- Wtem pojawili się Ryan, Spencer i Brent.
- Nie waż się ruszyć Ryana ani żadnego z nas.- Syknęłam, a chłopcy zmierzyli go wściekłym wzrokiem.
Po chwili Olly oddalił się, mrucząc coś pod nosem a my poszliśmy w swoją stronę.
***
Grając na gitarzę wolną melodię zastanawiałem się co muzyka właściwie dla mnie znaczy. Przewertowałem swoje teksty, wszystkie niedokończone, które leżały na biurku, poczym odłożyłem gitarę i usiadłem na parapecie. Gram codziennie, pobieram lekcję pare razy w tygodniu, dużo się w tej kwestii udzielam. Gdybym miał przyjaciół, pewnie założyłbym zespół. Ale nie mam. Czy chciałbym robić karierę solową? Nie wiem. Raczej nie. Nie, Oczywiście,że nie ! W oczach zebrały mi się łzy. Prędko otarłem je rękawem.
Gdybym miał przyjaciół. Gdybym m i a ł przyjaciół.
G d y b y m m i a ł p r z y j a c i ó ł.
Cholera, nie masz, nie masz przyjaciół!- Krzyknąłem do siebie w myślach, kopiąc w nocną szafkę. Mialem pieniądze, miałem rodziców, miałem możliwości. Ale nigdy nie miałem przyjaciół. Czasem czuję się strasznie samotny. Na przykład właśnie teraz. Z kim mam porozmawiać? Rodziców praktycznie nie ma w domu. Ponownie chwyciłem gitarę, grając pierwszą balladę, jaka przyszła mi na myśl. A potem wyciągnąłem pusty zeszyt z szuflady. Pamętnik. Założę pamiętnik. Uznałem to za dobry pomysł. Otworzyłem więc owy zeszyt. Od czego by tu zacząć?
Może się podpiszę?
" Samotny chłopak grający ballady na gitarach i nie pijący herbaty- Brendon Urie."
** Ryan.
Czym jest dla mnie muzyka. Wszystkim! Wszystkim? Tak, przynajmniej większością. Wbiłem spojrzenie w sufit, mimo, iż było całkowicie ciemno. Muzyka pozwalała mi zapomnieć o braku jednego rodzica. Szkoda,że nie mogę mieć prawdziwego ojca. Pozwalała mi się oderwać od rzeczywistości. Zapomnieć,że nie śpię na pieniądzach. Zapomnieć,że nie zawsze jest kolorowo. Na moich ustach zagościł uśmiech. Ah, co by mi było z tych pieniędzy, gdybym nie miał Spencera, Brenta i Danielle? Przyjaciele. Oni są najcenniejsi. I cudowna mama. Ah, oni są cenniejsci niż wszystkie skarby świata. Ciekawe czy jest ktoś, kto nie ma przyjaciół a ma dużo pieniędzy i właśnie teraz o tym rozmyśla..
Jestem biedny, biedniejszy niż żebracy..nie czuję wsparcia, nie mając przyjaciół. Aniołów dających nadzieję. Chodzących po wodzie o bosych stopach..Może ich znajdę gdzieś tam. Może ich znajdę, idąc daleko pewnego dnia.
Po tych słowach, Brendon zamknął ciężkie powieki.
--------------------
Krótko, ale chyba nie jest tak źle. :*
komentarze [5]

Odcinek 9. >> poniedziałek, 25 lutego 2008 15:07:52
Ledwo się obudziłem i zszedłem na dół, zadzwonił telefon.
- Halo?
- Cześć, Ryan, tu Danielle.- Usłyszałem głos przyjaciółki.
- O, cześć!
- Słuchaj, Olly we wszystko uwierzył. Nakłamałam ile się dało. Gdy tylko przyjdziesz do szkoły, on dopadnie Cię zaraz przy szafce i zmusi do podpowiadania na sprawdzianie.
- Świetnie! Dzięki za informację.- Powiedziałem, poczym nastała chwilowa cisza.
Czułem,że ona też się teraz uśmiecha. Po chwili odezwała się ponownie:
- No to..tyle. Do zobaczenia w szkole!
- Na razie!
Usiadłem przy kuchennym stole, nalewając sobie do szklanki soku pomarańczowego. Do kuchni weszła mama.
- Dzień dobry, kochanie.- Uśmiechnęła się.
Kiwnąłem głową, bo już wpychałem sobie do ust kawałek bułki, poczym odwzajemniłem uśmiech.
- Co Ci się właściwie stało w te ręce?- Spytała potem.
Pokrótce opowiedzialem jej wczorajsze zdarzenie. Mama uniosła brwi w górę, następnie odwracając się do czajnika, by zagotować wodę.
- Niesamowite..-Mruknęła bardziej do siebie niż do mnie.- Nie chodź tam więcej.
- Nie mam zamiaru.
Prędko dokończyłem śniadanie i już niedługo byłem w drodze do szkoły.
Rzuciłem plecak na ziemię i zabrałem się do otwierania szafki. Zgodnie z umową nie było ze mną przyjaciół. Rozejrzałem się pobieżnie po korytarzu. Szedł w moją stronę. Prędko odwróciłem głowę, udając,że go nie widzę i zająłem się grzebaniem w szafce. Nagle poczułem,że ktoś zamyka mi ją przed nosem. Umieszczony wewnątrz niej plakat Blink182 zatrzepotał z powodu nagłego przeciągu. Olly stał przede mną.
- Cześć.- Powiedział ze zniesmaczoną miną.
- Cze..cześć.- Udawałem wystraszonego.
- Do rzeczy. Za parę dni jest sprawdzian, nie?
- No...tak.
- Dasz mi przepisać wszystkie odpowiedzi inaczej zmielę cię na miazgę.
- No..ja...
- Dasz, czy nie?!- Powtórzył podniesionym głosem, biorąc mnie za przód koszulki.
- Ok, ok.- Odsunąłem się nieco, unosząc ręce w górę.
Ten tylko spojrzał na mnie pogardliwie, poczym poszedł w przeciwną stronę. Obejrzałem się za nim a na moich ustach zagościł tryumfalny uśmiech. Po chwili zjawił się Brent i Spencer oraz Danielle.
- I?- Zainteresowali się.
- Wszystko pod kontrolą.
- "I miss you, I miss you..Hello there, the angel from my nightmare.
The shadow in the background of the morgue.The unsuspecting victim of darkness in the valley..."*
W tym momencie Brent pomylił chwyty ale Danielle i tak zaczęła nam klaskać.
- Świetnie śpiewasz, Ryan! Wszyscy jesteście świetni.
- Bez przesady. Ciągle się mylimy.- Zasępił się Spenc.
- Dopiero zaczynacie.-Uśmiechnęła się dziewczyna.- Kiedyś będziecie sławni.
My również się uśmiechnęliśmy, poczym zaczęliśmy od nowa.
Wtem do garażu wparadowała mama Spencera, niosąc cztery kubki lemoniady.
- No, chłopcy,przerwa!- Oznajmiła, podając nam po szklance poczym obdarzając nas uśmiechem, wyszła.
Usiedliśmy wszyscy na starym dywanie, sącząc napój.
- Jak myślicie, będziemy sławni?- Brent wziął dobie do serca słowa Danielle.
- No pewnie! Odkryje nas jakaś szycha z branży i nagramy świetny album. Dostaniemy za niego peeełno nagród i zdobędziemy miliony fanów..-Rozmarzył się Spenc.
- Póki co,pokażę wam nowy tekst.- Odezwałem się, poczym odszukałem odpowiednią kartkę i puściłem w obieg.
- Oh..mnie się podoba.- Oznajmiła jedyna dziewczyna w naszym towarzystwie.
- Mi też!- Powiedzieli równo chłopcy.
- To będzie nasza pierwsza własna piosenka. Za tydzień bierzemy się za komponowanie.
- CO??- Zdziwili się.
- Nie jesteśmy jeszcze aż tacy dobrzy!- Zaoponował Brent.
- Ale pora zacząć podwyższać poprzeczkę.- Wzruszyłem ramionami.
- Ee..ale..-Zaczęli lecz Danielle wpadła im w słowo:
- Dosyć tego! Przypominam,że jutro wielki dzień.
- Robimy Olly'ego w balona!- Roześmialiśmy się wszyscy.
- Pamiętaj,że Andrew Jackson zaczął rządzić w 1817**!- Parsknął śmiechem Smith.
- Psst..Ryan..łomie!- Uslyszałem glos Olly'ego.- W którym zaczął rządzić Andrew Jackson?
Z ledwością opanowałem śmiech i spojrzałem na jego wyczekujące spojrzenie, udając,że grzebię w pamięci.
- 1817.- Szepnąłem po chwili, ponownie opanowywując atak śmiechu.
Nadszedł dzień ogłoszenia wyników z testu. Ostatni dzień, w którym przyszlo nam udawać,że nie lubimy Danielle. Zasiedliśmy w ławkach, czekając na wyniki. Nauczycielka zaczęła wyczytywać pierwsze nazwiska. W końcu przyszła moja kolej. Odebrałem kartkę, z zadowoleniem patrząc na wysoki stopień. Następnie, jako ostatni, z ławki podniósł się Olly. I oto ta chwila. Wymieniliśmy znaczące spojrzenia, oberwując reakcję chłopaka.
Jego spojrzenie nie oznajmiało niczego dobrego. Myślałem,że wybuchnie ale jakoś się opanował i cieżko opadł na siedzenie. Po chwili na mojej ławce wylądował zwitek papieru.
" Już jesteś nieżywy, Ross. Po szkole połamię ci wszystkie kończyny. Jak komuś powiesz, będzie jeszcze gorzej."
W następnej chwili pisałem już do Brenta, który siedział najbliżej.
" Olly chce mnie dopaść po szkole. Musimy prędko zwiać. A liścik od niego i tak pokażę nauczycielce ;)"
Ten,odczytawszy liścik, kiwnął porozumiewawczo głową.
- Prędzej, Ryan!- Ponaglali mnie przyjaciele, już po zakończeniu lekcji.-Banda Olly'ego zaraz tu będzie.
Niestarannie zawiązałem buty i rzuciliśmy się pędem do wyjścia. Nigdzie ich nie było. Dopiero w połowie drogi ujrzeliśmy,że biegną w naszą stronę. Złapaliśmy się za ręce i pognaliśmy przed siebie. Nigdy tak szybko nie biegnąłem. Krzyczeliśmy z radości, widząc jak ci za nami zostają coraz bardziej w tyle. Czułem się wolny.
- Zwycięstwo!!- Kolejny krzyk wydobył się z naszych ust.
Opierając się o blat biurka, patrzyłem na nauczycielkę, która wlaśnie czytała liścik otrzymany przeze mnie od Olly'ego w dniu podawania wyników z tamtego testu. Kobieta skrzywiła się, poczym poprawiła okulary.
- Dostałeś to od Olly'ego, tak?
- Tak.- Potwierdziłem.
- Chcę was widzieć na długiej przerwie w gabinecie dyrektora. Nie bój się, ten chłopak już nie będzie dla ciebie zagrożeniem.
Tak jak mi polecono, wstawiłem się w gabinecie dyrektora zaraz na początku przerwy na lunch. Olly wśliznął się do pomieszczenia parę minut później. Dyrektor przeprowadził z nami dość długą rozmowę. Potem mogłem sobie już iść. Spojrzałem z satysfakcją na Olly'ego, który musiał jeszcze chwilę zostać i wyszedłem bardzo z siebie zadowolony.
I w końcu zostawił mnie w spokoju.
---------------------------------------
* Fragment piosenki "I Miss You" Blink182.
** Andrew Jackson- jeden z prezydentów Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zaczął rządzić w 1829 a nie 1817r.
---------------------------------------------------
No i tyle.Jak zwykle bez sensu xDD Może wam się spodoba jakimś cudem ^^ Pozdrawiam ;**
komentarze [10]

Odcinek 8 >> piątek, 8 lutego 2008 15:48:03
Notkę dedykuję Callise (chyba jeszcze używasz tego nicka xD) z http://w-ciemnosci-wokol-slonca.blog.onet.pl :) Chyba tego nie czytasz, ale co mi tam xP Odkryłam w Tobie natchnienie xD No i miałam wenę dzięki Twej notce ;) Dzięki :D
-----------------------------
Odc. 8
-Cześć, Olly!- Krzyknęła Danielle do kuzyna, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Cześć.- Odparł, odwracając się do niej plecami, by zamknąć szafkę.- A ty nie z Rossem i tą resztą przygłupów?
- Nie. Są niemożliwie tępi.- Odpowiedziała.- Chyba się nie gniewasz, że się na jakiś czas zbuntowałam, co?
- Hm. Już nie.- Posłał jej triumfalny uśmiech, poczym ruszyli w stronę sali lekcyjnej.
Wirażując między uczniami i chowając się za ścianami, podążaliśmy za nimi. W końcu usiedli pod klasą. My oczywiście skryliśmy się za ścianą.
- Co oni mówią?- Dopytywał się Brent, niebezpiecznie wychylając głowę z kryjówki.
- Nie wychylaj się!- Skarcił go Spenc, pociągając do tyłu.
- Ciii..- Uciszyłem ich,przykładając palec do ust.
Zamieniliśmy się w słuch.
- Wiesz co? Ross jeszcze może się do czegoś przydać.- Usłyszeliśmy głos Danielle.
- Ta?- Olly zdawał się powątpiewać.
- Myśl, chłopie! Niedługo kolejny sprawdzian, na który z pewnością będzie obkuty. Jak zawsze. I..
- Z pewnością pożyczy mi swojej wiedzy?- Dokończył chłopak.
- Dokładnie o tym myślę.
Na naszych twarzach pojawiły się chytre uśmieszki. Świetnie. Wszystko idzie po naszej myśli. Danielle rozgrywa wszystko dokładnie tak, jak trzeba..
Po południu wybrałem się na cmentarz. Chciałem odwiedzić grób pewnego staruszka, który kiedyś mieszkał w naszym sąsiedztwie. Bardzo go szanowałem. Często ze mną rozmawiał, częstował mnie słodyczami. Zastępował mi dziadka. Obu. Bo nigdy nie miałem z nimi styczności. Przyjmował mnie u siebie, gdy tylko mógł. Dzięki niemu tata pobił mnie mniej razy, niż zamierzał. Ale tych momentów, w których to robił i tak było dużo. Za dużo. Tak właściwie to jego też wypadałoby odwiedzić. Tak więc z dwoma bukietami kwiatów w rękach przekroczyłem bramę cmentarza. Najpierw skierowałem się do grobu pana Heffielda, bo był bliżej. Włożyłem kwiaty do plastikowego wazonu i uklęknąłem, by z nim porozmawiać.
- Dzień dobry dziadku. To ja, Ryan.- Uśmiechnąłem się do jego twarzy spoglądającej na mnie ze zdjęcia umieszczonego na nagrobku.- Przyniosłem dla Ciebie kwiaty. Mam nadzieję,że Ci się spodobają. Są w twoim ulubionym kolorze. Wiesz, od zeszłego roku,w którym nas opuściłeś dużo się wydarzyło. Opowiadałem Ci. Niedawno umarł mój tata. Głupio mi to mówić na głos, ale chyba mnie to nawet cieszy. Niestety były też gorsze chwile. Mój kolega wykorzystał mnie. Byłem mu potrzebny tylko do zgapiania na sprawdzianie. Bardzo mnie to zabolało. Ale trochę się zmieniłem i obmyśliłem zemstę z Brentem i Spencerem. I Danielle- kuzynką tego chłopaka. Jest bardzo fajna i przyznam też, że ładna.
Przejechałem ręką po nagrobkowej płycie. Potem pogładziłem zdjęcie pana Gary'ego.
- Chyba już pójdę. Niedługo znów postaram się do Ciebie przyjść. Dziękuję,że mnie zawsze słuchasz. Do zobaczenia, dziadku.- Zakończyłem swój monolog, poczym znów się uśmiechając,podniosłem się z klęczek i ruszyłem w kierunku grobu taty. Dziwnie się czułem. Nagle zerwał się porywisty wiatr, zawzięcie poruszając gałęziami drzew i przewracając znicze. Włosy opadły mi na twarz, ograniczając pole widzenia. Szybko je odgarnąłem, przytrzymując następnie bukiet, by mi nie spadł.
- Na Boga..- Powiedziałem do siebie, patrząc na wichurę, której jeszcze przed chwilą bym się nie spodziewał. Przyspieszyłem. Wreszcie dotarłem do celu i umieściłem kwiaty w wazonie. Wiatr natychmiast je połamał. Cóż. Wziąłem wazon w ręce, z zamiarem przeniesienia go w miejsce, gdzie nie zniszczy go wietrzysko. Wtem przedmiot po prostu pękł w mych dłoniach, porządnie je kalecząc.
- Ał!
Znicz stojący na grobie, chyba ostatni zapalony na cmentarzu, momentalnie zgasł.
Wyciągnąłem ostatnie kawałki szkła z ręki, poczym kląc pod nosem, pobiegłem w kierunku wyjścia. Szlag by to trafił. O dziwo, gdy opuściłem cmentarz, wiatr ustał. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, ocierając zakrwawione ręce w spodnie.
- Nie wiem jak to zrobiłeś.- Wyszeptałem do przestrzeni przed sobą.- Nienawidzę cię.
I pobiegłem do domu, zanim krew zafarbowała całe moje ubranie.
Wieczór. Siedziałem przy biurku, pochylając się nad kartką papieru i raz po raz mrużąc oczy od oślepiającego światła lampki. Z jedną ręką owiniętą bandażem, a drugą tylko pozaklejaną kilkoma plastrami. Z pewną trudnością trzymałem długopis, ale musiałem przelać swe uczucia na papier.
- Hej!- Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Spencer.
- Cześć. Coś się stało?
- Nie, w sumie nic..ale wiesz co? Przed chwilą spotkałem Danielle. Powiedziała, że Olly wierzy w każde jej słowo. Już za kilka dni będziesz mógł..Co Ci się stało w ręce?
Opowiedziałem mu o zdarzeniu na cmentarzu.
- Ale akcja..- Skwitował.
- Taa..ale przynajmniej może przez to napiszę jakiś ciekawy tekst.
- Piszesz? Super, a tak wogóle to nie możemy zapominać o próbach.
- Masz rację. W sobotę u Ciebie?- Uśmiechnąłem się.
- Jasne.- Przyjaciel odpowiedział mi tym samym.
Następnie, sącząc przygotowaną przez moją mamę gorącą czekoladę (gdy przychodzi Spenc zawsze ją robi xD) oddaliśmy się jednej z tych rozmów. Rozmów przyjaciół, osób, które się nie zawodzą i sobie ufają. Które potrafią rozmawiać o ważnych sprawach nie przejmując się, że przez otwarte okno wpada chłodne powietrze, wywołujące gęsią skórkę. Ważne jest tu i teraz. Ważne jest, że możemy rozmawiać. Bo czyż nieprawdą jest, że z życia trzeba korzystać, brać garściami?
----------------------------------
Notka właściwie o niczym. I krótka. Ale wena było to chyba nie jest tak źle. Pozdrawiam :*
komentarze [12]

Odcinek 7 >> niedziela, 20 stycznia 2008 16:22:27
- Mamo..?
- Ryan,on..on chyba nie żyje.- Powiedziała mama,lekko przygryzająć wargę.
A ja nie czułem nic. Kompletnie nic. Pusta, żadnych odczuć. Mama wycofała się, by zadzwonić po pogotowie.
- Tak. St.Vallio 17..Tak. Czekamy.- Do moich uszu dobiegł strzępek rozmowy. Mówiła spokojnie. Za spokojnie. Ot tak, jakby coś zamawiała. Bo tak trzeba.Bo tak wypada.? Dalej stałem w bezruchu z dziwnym uczuciem na sercu. A raczej z jego brakiem. Nie płaczę, nie krzyczę, nie panikuję. Nie zastanawiam się, co ja bez niego pocznę, ale co będę mógł robić, jeśli właśnie po raz ostatni zamknął oczy. Wredny jestem chyba.
Parę minut później zjawiła się karetka. Ekipa lekarzy i pielęgniarzy wylała się do naszego domu. Powoli wycofałem się z pokoju i dołączyłem do mamy, stojącej na progu. Najzwyczajniej w świecie patrząc, jak najprawdopodobniej nieżywy ojciec zostaje przeniesiony do ambulansu. Oczywiście też wsiedliśmy. Bo tak wypada?
Zdecydowanie zaczynalo mnie już męczyć i nudzić wlepianie wzroku w białe ściany szpitalnego korytarza i wsłuchiwanie się w niemalże idealną ciszę panującą tu o tej porze. I wtedy wyszedł jeden z lekarzy z miną pt. "bardzo mi przykro" przećwiczoną już milion razy. Albo i więcej.
- Gdy przyjechała karetka pan Ross jeszcze żył. Niestety nie udało nam się go uratować..Bardzo mi przykro. Popełniliśmy błąd, wypisując go. Na prawdę..
- Dobrze, proszę się nie denerwować.- Przerwała mu mama.
- Taak..-Kontynuował, nieco zbity z tropu.- W takim razie proszę o skontaktowanie się w sprawie daty pogrzebu i następnie kontakt z nami.
- Dobrze, dziękujemy. Dobranoc.- Odezwała się znów mama. I odeszliśmy z twarzami bez wyrazu. Doktor przyglądał się nam ze zdziwieniem tak długo, zanim nie zniknęliśmy za jedną z wielu białych ścian.
Pogrzeb ciągnął się niemilosiernie. Słońce, jakiś czas wyglądające zza chmur, oślepiało mnie raz po raz. Ludzie stali w całkowitej ciszy ,słuchając słów księdza. Siostra taty, wtulona w ramię męża, ocierała łzy spływające po jej policzkach. Hm..rzadko nas odwiedzali. Nieco dalej babcia, nieco zgarbiona słuchała ze skupieniem, pochylając głowę nieco na bok. W końcu napotkałem wzrokiem chłopców. Stali pod drzewem, odświętnie ubrani i chyba bardziej udawali, że słuchają, niż to robili. I Danielle. Uśmiechnęła się do mnie. Zrobiłem to samo, a następnie przynajmniej zacząłem udawać, że słucham, bo mama trąciła mnie lekko łokciem w bok.
Wreszcie ceremonia dobiegła końca. Postanowiłem pójść do grobu sam, ostatni. Wreszcie tłum zredukował się do paru osób, które stały przede mną. Po chwili oddalili się w stronę bramy cmentarnej. Pochyliłem się nad grobem okrążonym wielorakimi kwiatami ze wstęgami, na których widniały napisy pożegnalne. Na drewnianym krzyżu wisiała, na razie niestarannie przymocowana tabliczka z imieniem i nazwiskiem taty. Położyłem kwiaty, które dała mi wcześniej mama i w klęczkach, kontemplowałem wszystko jeszcze raz. Nagle stanął nade mną ksiądz.
- Będziesz tęsknił za tatą?- Spytał niespodziewanie.
Wzruszyłem ramionami, prostując się. Co miałem mu powiedzieć?
- Hm..chyba wiem dlaczego nie odpowiadasz, synu. Właściwie wiem, co się u was czasem działo.
Podniosłem na niego wzrok. Jednak zaraz potem umieściłem spojrzenie gdzie indziej.
- Pewnie było Ci trudno za życia..ale może teraz zechcesz mu wybaczyć?
Przygryzłem nerwowo wargę. Co to wogóle za pytanie? Jednak zdecydowałem się dłużej nie kryć i powiedziałem prawdę.
- Proszę księdza..Myślę..Jakoś nie bardzo mi do tego śpieszno.- Odezwałem się w końcu i spojrzałem prosto na niego, tym razem nie odwracając wzroku po sekundzie. Duchowny stał nieco zbity z tropu.
- Z Panem Bogiem!- Pożegnałem się, przerywając niezręczną ciszę, poczym szybkim krokiem udałem się w stronę bramy.
Minęło trochę czasu. Obiecałem mamie, że wreszcie zrobię porządek z rzeczami taty, a chłopcy mieli mi w tym pomóc.
Była sobota. Słoneczne wiosenne popołudnie. Brent i Spencer zjawili się punktualnie o umówionej porze.
- To zaczynamy.Stare skarpety i inne szparagały- strzeżcie się mocy Rossa i jego wojowników ciemności!- Brenta jak zwykle poniosło. Roześmialiśmy się i zaczęliśmy porządki.
- Patrzcie, co znalazłem!- Wykrzyknąłem nagle, z trudem wyciągając rękę zza nocnej szafki.
- No nie! To ta piłeczka!- Spenc parsknął śmiechem.- Pamiętacie tą zabawę?
- Jasne!- Wtrącił się Brent.- Schowałem to tu kiedyś, a wy mieliście jej szukać, ale sam zapomniałem gdzie ją schowałem i potem się rozryczałem!- Zwijał się ze śmiechu.
- Ty to ciota byłeś.- Zażartował Spencer.
- Jeśli mowa o ciotach..-Wtraciłem się.- Ciekawe kto kiedyś przebrał się za dziewczynkę i śpiewał na werandzie.- Dociągnąłem, idąc w ślady spłakanego ze śmiechu Brenta.
- Ej!- Oburzył się "mr. dziewczynka".- A kto nigdy nie brał wyzwania w prawdzie i wyzwaniu?!
Teraz to wszyscy szczerze się śmialiśmy. Następnie sięgając ponownie w przeszłość, przytaczaliśmy kolejne epizody naszego życia. Potem wpadliśmy na pomysł, żeby ożywić wspomnienia i zrobić konkurs na najgłupsze przebranie. Stare ubrania poszły w ruch. Już niedługo miałem na sobie stare ogrodniczki, wygrzebane gdzieś na dnie szuflady, dwa inne buty, za duże o parę rozmiarów, krawat w dziwne wzorki i kapelusz na zimę na Alasce. Spencer i Brent wyglądali równie głupio. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
- To pewnie mama!- Zasugerowałem i wszyscy rzuciliśmy się do drzwi, pokazać się jej w naszych dziwnych przebraniach. Gdy otworzyłem drzwi, miny nam zrzedły. Stała w nich Danielle i jakiś pan w średnim wieku.
- Cześć! To mój wujek. Opowiadałam mu trochę o waszym zamiłowaniu do muzyki, chciał was poznać.- Paplała dziewczyna.
- Witam. Todd Mards.- Przywitał się.- A co wy macie na sobie?- Spytał po chwili z rozbawieniem.
- My..ee...- Zacząłem się jąkać.- My..
- Przygotowywujemy przedstawienie na angielski!- Wypalił Spencer.
- Świetnie. Teatrem też się zajmuję! Może je przedstawicie?- Powiedział entuzjastycznie pan Mards.
Posłaliśmy Smithowi spojrzenia a'la "już nie żyjesz".
- O..oczywiście!- Zgodziłem się w końcu.
Co innego możemy zrobić?
- Wyjdźcie na werandę, to będzie wasza scena.- Wymyśliła Danielle.
O nie.
Po chwili obaj spoglądali na nas ze schodków. Zaczęliśmy improwizować jakieś scenki, które były totalnie bez sensu.
- I tak oto magiczne ogrodniczki odzyskały swą moc!- Oznajmił Brent teatralnym tonem, zakańczając tą całą maskaradę. Uff.
- Bardzo fajne! Myślę, że wasza nauczycielka będzie zachwycona. Przypomnę jej o was!- Odezwał się potem wujek Danielle.
O nie!!
O niee!
Danielle chyba zauważyła nasze przerażone spojrzenia.
- Myślę, że nie trzeba wujku. Sama to zrobię.- Zaproponowała.- A teraz może już chodźmy. Chłopcy pewnie potrzebują odpoczynku.
- Tak, tak. Dobrze. Do widzenia!- Pożegnał się z nami pan Todd i po chwili obaj się oddalili.
- Uff. Byłoby przerąbane.- Odetchnąłem, ocierając wierzchem dłoni spocone czoło. Po chwili wybuchnęliśmy niepohamowanym śmiechem.
W poniedziałek w szkole doznaliśmy szoku. Na gazetce i w innych miejscach wisiały...nasze zdjęcia! W tych durnych przebraniach!
- Co za wstyd!- Twarz Spencera zmieniła barwę na buraczaną, gdy zrywał fotografię ze ściany.
- To już chyba wszystkie.- Odetchnąłem, wrzucając zdjęcia do torby.- Kto to zrobił?!
- Olly.- Odwróciwszy się, ujrzeliśmy Danielle.
- Olly?!- Oburzył się Brent.
- Tak, widziałam go jak uciekał z aparatem.
- A to walec niemyty...Już my się na nim zemścimy.- Pogroził pięścią Spenc.
Nagle wszyscy skierowaliśmy na siebie chytre spojrzenia.
- Diabelski plan?- Zagaiła dziewczyna.
- I to jak.- Potwierdziłem triumfalnie.
C.D.N
----------------------------------
Odcinek z leksza głupi i bez sensu xD Tak jakoś mi się te glupoty napisały xD Sorry, sorry xD Pozdrawiam ;))
komentarze [11]

Odcinek 6 >> środa, 2 stycznia 2008 22:20:10
Wtorek rano. 7:52, szkolny korytarz. Zjawiłem się w szkole już jakieś dziesięć minut temu i siedziałem pod klasą z zeszytem i paroma stronami notatek w rękach. Zawsze stresowałem się przed dużymi testami. Poprawki nie są ciekawe a mi zawsze wydaje się, że nic nie umiem. Nagle pojawiła się Danielle.
- Cześć..-Powiedziała cicho, poczym usiadła obok mnie.- Co tu tak wcześnie robisz?
- Yy...cześć. Ja..przyszedłem wcześniej.
- Aha..
- Chciałem wszystko powtórzyć.- Dociągnąłem.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła.
Lekcja właśnie się zaczęła. Wszyscy zasiedli w swoich ławkach. Ja z Danielle. Chciałbym umieć rozmawiać z dziewczynami. Właściwie to nie pora teraz na takie sprawy. Nauczyciel rozdał wszystkim kartki i zarządził początek testu. Pochyliłem się nad zadaniami.
- Pssst...Ryan..- Usłyszałem Olly'ego w rzędzie obok.
- Co...?- Szepnąłem.
- Masz drugie..?
Podałem mu rozwiązanie i robiłem dalej...
Po lekcji wszyscy wybiegli na korytarz. Każdy wypytywał każdego o rezultat pracy. Tylko nigdzie nie było Olly'ego i paru jego kolegów za którymi nie przepadałem oraz Danielle. Poszedłem ich poszukać. Gdy przechodziłem koło łazienki, usłyszałem głosy poszukiwanych. Właśnie miałem wejść, ale do moich uszu dobiegło coś niemiłego...
- Haha...napisałem wszystko!- Cieszył się Olly.
- Jednak na coś ci się zdała znajomość z tym wymoczkowatym palantem Rossem!- Zarżał Gilbert.
- Taa...wiesz jak było trudno! Totalny idiota z niego..ale przynajmniej da się wykorzystywać. I test zaliczony. Bez większego wysiłku.
Wszyscy się roześmiali.
- Co wam się w nim nie podoba?- Odezwała się potem Danielle.
- Dziewczyno, ty go nie znasz tak jak my. To kretyn! Taki mięczak.- Powiedział Olly.
- Taa! I do tego kujon. Ogólnie nie jest nudziarzem i wszystkiego się boi.- Dodał Hurley.
- Przestańcie! Patrzycie na niego z góry. Ja go lubię!- Przerwała im.
- Tylko nie mów, że ci się podoba.- Roześmiał się Gilbert.
- N..nnie..tylko...
Znów fala śmiechów.
- Trzymaj się od niego z daleka.- Powiedział ostrzegawczo mój "przyjaciel".- No chyba, że chcesz bym się do ciebie nie przyznawał?
Danielle tylko warknęła coś pod nosem. Niestety nie zdążyłem odsunąć się od drzwi.
- Wszystko w porządku, Ryan?- Spytała pielęgniarka, gdy już się ocknąłem.
- Tak, tylko trochę boli mnie głowa.
- Dasz radę iść na lekcje?
- Myślę, że tak.Dziękuję.- Odrzekłem, poczym wstałem i skierowałem się w stronę drzwi. Tam napotkałem Danielle.
- O,Ryan! Martwiłam się o ciebie..tzn..yy...zastanawiałam się czy wszystko w porządku.- Powiedziała, lekko się rumieniąc, ale po chwili jej twarz przybrała poważny wyraz.- Słyszałeś wszystko, prawda?
- T..tak. Niestety...ale przynajmniej znam prawdę.- Odpowiedziałem, ruszając wolno przed siebie.
- Przykro mi. Nie przypuszczałam, że Olly taki jest.
- Ja też nie. A...ty dlaczego ze mną rozmawiasz, przecież on powiedział..
- Nie obchodzi mnie to. Przecież nie będzie mi rozkazywal, prawda?
Nie odpowiedziałem. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Zrobiło mi się strasznie głupio. Też sobie moment wybrałem.
- Nie płacz, Ryan.
- Kurcze, ale wstyd. Właśnie płaczę przy dziewczynie.
- Nie szkodzi, przecież...
- Mieli rację..jestem mięczakiem.Beznadziejnym kujonem, kretynem, palantem i...
- ..Prawdziwy mężczyzna to taki, który potrafi płakać.- Dokończyła wcześniej zaczęte zdanie.
Na moich ustach pojawił się lekki uśmiech. No tak. Przecież sam tak napisałem w pamiętniku.
- Dziękuję.
Znów się uśmiechnęła.
Gdy wróciłem do domu, zobaczyłem w przedpokoju walizki. Walizki taty. Co tu jest grane?
- Mamo..?- Mój głos poniósł się niepewnie w głąb domu.
- Witaj, Ryan.- Nagle zjawiła się w pomieszczeniu.
- Co tu robią walizki taty?- Szepnąłem nerwowo.
- Jego stan szybko się polepszył. Powiedzieli, że to cud i go wypisali. Co mogłam zrobić?
Spojrzałem na nią z przestrachem w oczach.
- Boję się.
- Spokojnie, damy radę. Tylko bądź dzielny.
Szybko pobiegłem do pokoju.
- Znów nie będziesz jadł cały dzień?- Usłyszałem głos mamy, gdy już trzymałem dłoń na klamce.
- Podrzuć coś czasem.
I drzwi oddzieliły mnie od reszty domu.
Obudziłem się w nocy strasznie spocony. No tak, koszmar senny. Postanowiłem zejść na doł się czegoś napić. W nocy chyba nie muszę się obawiać ojca. Powoli stąpając po shodach, zmierzałem w kierunku kuchni. Wreszcie otworzyłem lodówkę i wyjąłem z niej butelkę schłodzonej wody.
Usłyszałem kroki. Te kroki. Było zupełnie ciemno, tylko światło z lodówki wylewało się na kuchenną posadzkę.
- Tata?
Opuściłem rękę z piciem z zamiarem odstawienia jej do lodówki. Nagle on pchnął mnie. Butelka wypadła mi z ręki, woda wylała się na podłogę, sącząc się po niej strumieniem.
- Co się tak głupio patrzysz?- Padło pytanie.
- Ja..ja...normalnie..przecież nic nie zrobiłem..- Zacząłem się jąkać.
- Nic? Ja cię wyżywiłem, jestem twoim ojcem..a ty?
- Ale o co chodzi?- Spytalem zdziwiony, opierając się plecami o lodówkę.
- Nie chciałeś ze mną rozmawiać w szpitalu, unikasz mnie nawet! Co z ciebie za syn?!- Podniósł glos, a potem uderzył mnie w twarz.
Złapałem się kurczowo za policzek. Co on mówi?! Coś we mnie pękło. Tak jak wtedy, gdy chłopcy ze szkoły mnie wyzywali.
- A zastanawiałeś się dlaczego?! Zastanawiałeś się dlaczego się ciebie BOJĘ??
Spojrzał na mnie jak na kosmitę.
- Co z tego, ze mnie wyżywiłeś?! A nie pamiętasz jak mnie biłeś?! Jak mnie doprowadzałeś do płaczu, do panicznego strachu?!
- Ah, ty gówniarzu! Jak śmiesz tak mówić!- Wrzasnął, potem chciał mnie uderzyć.
- Nie waż się podnosić na mnie ręki! Skończyło się bicie, mam dość!
Teraz to patrzył na mnie jak byk na czerwoną płachtę. Następnie mimo mojego wybuchu, kopnął mnie. Osunąłem się na ziemię. Znów. Zamknąłem oczy. Znów. I zaraz po chwili je otworzyłem. Ojciec trzymał się kurczowo za klatkę piersiową i skręcał się z bólu. Patrzyłem na tą scenę rozszerzonymi źrenicami. Następnie upadł,ciężko dysząc. Prędko zerwałem się z podłogi i wybiegłem z kuchni, po drodze natykając się na mamę.
- On...ja nie wiem...coś mu się stało!- Krzyknąłem, w drodze powrotnej do kuchni dodając szczegóły.
- O Boże!- Mama krzyknęła przeraźliwie.
Wychyliłem się zza jej pleców.
Ona nie wiedziała co powiedzieć.
- Mamo..?
C.D.N xD
komentarze [18]

Odcinek 5 >> środa, 26 grudnia 2007 12:44:03
Hej! Życzeń świątecznych składać nie będę, bo już trochę po czasie xD ale na Nowy Rok życzę wszystkigo najlepszego w szerokim tego słowa znaczeniu ;) Odcinek znów krótki, wybaczcie. Pozdrawiam!
------------------------------------
Odc.5
- Dobra, Brent podaj gitarę!- Krzyknąłem do przyjaciela, gdy już kończyliśmy przygotowania do pierwszej próby.
- Perkusja chyba stoi w dobrym miejscu?- Upewniał się Spenc.
- Tak, wszystko w porządku! Na miejsca chłopaki, zaczynamy!- Odezwałem się ponownie, odbierając instrument od Brenta.
Próbowaliśmy zagrać cover piosenki Blink182. Wybraliśmy jedną z łatwiejszych. Na początku nie zbyt wychodziło.
- Cholera!- zaklął Spenc.- Za późno wszedłem!
I znów.
- Nosz cholera jasna!- Tym razem ja się pomyliłem.
I znów.
- Chwila, chłopaki, nie umiem dobrze tego chwytu!- Krzyczał Brent.
Wszyscy głęboko westchnęliśmy. W końcu piosenka zaczęła nabierać konkretnych kształtów, aż wreszcie wyszło całkiem nieźle. Jak na pierwszy raz.
- Ry, włączaj dyktafon, pośmiejemy się z tego potem!- Zaproponował Brent.
Tak też zrobiłem.
- Jak na dziś wystarczy.- Oznajmiłem w końcu.
- Taaa....ale za jakiś czas będziemy lepsi niż Blink 182!- Roześmiał się Spencer.
Uśmiechnęliśmy się szeroko.
Wybierałem się do Olly'ego. Już za parę dni duży test z angielskiego, więc musimy wszystko powtórzyć.
- Cześć Ryan, wejdź.- Przywitał się ze mną po otworzeniu mi drzwi.
- Cześć.
- Idź do mojego pokoju, a ja przygotuję coś do picia, ok? Wiesz gdzie jest?
- Dobra. Tak, wiem.
I udałem się do góry. Zauważyłem pokój Olly'ego, poczym nacisnąłem klamkę.
-Ah!- Wykrzyknąłem z lekkim przestrachem. Na kanapie siedziała jakaś dziewczyna.
- Oo..wystraszyłeś się?- Spytała.
- Nie..tak..tzn. trochę.- Zacząłem się jąkać. Nie umiałem rozmawiać z dziewczynami, a już na pewno nie z takimi. Ładnymi..
- Mam na imię Danielle.- Wypaliła.
- Aha..A ja Ryan.- Odpowiedziałem, poczym ona podała mi rękę na przywitanie.
Po chwili do pokoju wszedł Olly z trzema szklankami soku.
- O kurcze, zapomniałem ci powiedzieć, że mam gościa.- Zwrócił się do mnie.- To moja kuzynka Danielle. Zamieszka w domu obok i będzie chodziła z nami do klasy.
- Aha. My się już poznaliśmy.- Powiedziałem.
- To świetnie! W takim razie zaczynamy. Danielle, posiedzisz z nami?
- Tylko chwilę.- Odrzekła, a Olly skinął glową i zaczął wyciągać książki.
Zerknąłem na nią nieśmialo.Była na prawdę ładna. Idealnie proste ciemne włosy spływały nieco za jej ramiona, a oczy ciekawego koloru z pogranicza zielonego i szarego kontemplowały otoczenie bardzo uważnie. Była tak chuda jak ja,ale jej to pasowało. Miała na sobie jeansy i tunikę. Wszystko w niej było piękne.
- Jestem!- Oznajmiłem, wchodząc do domu, poczym zacząlem ściagać buty i kurtkę.
- Nie rozbieraj się.- Oznajmiła mama poważnym tonem.
- Coś się stało?- Zdziwiłem się.
- Dzwonili ze szpitala. Ojciec jest w gorszym stanie. Wypadałoby jechać..
Nie byłem pewnien, czy chcę. Niepewnie spoglądałem to na właśne czubki butów, to na mamę.
- Dobrze.- Westchnąłem tylko i spowrotem zapiąłem kurtkę.
Szliśmy szpitalnymi korytarzami. Wszystko jest tu białe, puste, nudne, bez wyrazu...brr. Chciałoby się wziąść flamaster i zamalować ściany. Czymkolwiek.
- To tu.- Mama wskazała na jakieś drzwi. Do sali można było zajrzeć przez szybę, takie jakby okno w ścianie.
- Aha. Mamo, czy ja..muszę?
- Tylko na chwilę.
Więc wszedłem razem z nią. Tata spał. W każdym bądź razie miał zamknięte oczy. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Nie wyglądał najlepiej.
- A więc są państwo już. Witam.- Nagle wszedł jakiś lekarz.
- Tak. Dobry wieczór.- Powiedziała mama, ja również się przywitałem.
- Mają państwo pół godziny.Potem zostaną przeprowadzone badania. Pan Ross nie jest w dobrym stanie..Właściwie w..krytycznym.
Skinęliśmy tylko głowami.Lekarz postał jeszcze chwilę, poczym wyszedł. Po paru minutach tata zacząl się budzić. Wiedziałem,ze nie dam rady tu siedzieć i patrzeć mu w oczy. Nie jestem gotowy i chyba nigdy nie będę. Nie potrafię. Prędko zerwałem się z krzesła i szybkim krokiem wyszedłem z sali.Mama nie próbowała mnie zatrzymywać.Chyba rozumiała.
Nazajutrz opowiadałem wszystko Brentowi i Spencerowi w drodze do szkoły. O Danielle i wizycie w szpitalu.
- Czyżby Ryan się zakochał?- Wyszczerzył się Spencer.
- Wcale nie!
- Mam nadzieję, że kuzynka Olly'ego nie ma jego cech..-Odparł Brent.
- Nie wiem co wy do niego macie.- Wzruszyłem ramionami.
-Przepraszamy za spóźnienie!- Krzyknęliśmy równo, wpadajac do klasy nieco po dzwonku.
Nauczyciel tylko zmarszczył brwi.
- To wasze drugie spóźnienie. Twoje pierwsze Ross.- Powiedział, zwracając sie potem do mnie.
- Brent- usiądziesz z Ellie, ty Spencer z Ritą a Ryan- ty siadaj z naszą nową koleżanką Danielle.Załóżmy, że to kara.
Co? Mam siedzieć z Danielle? Nigdy przecież nie siedziałem z dziewczyną.
- No dalej Ryan, co z tobą?- Nauczyciel lekko popchnął mnie do ławki. Uśmiechnąłem się blado do Danielle a ona zrobiła to samo. Lekcja się zaczęła, ale ja jakoś nie mogłem się skupić..
komentarze [5]

Odcinek 4 >> niedziela, 9 grudnia 2007 22:57:44
Hej, hej! :D Witam wszystkich. Zanim napiszę tu nowy odcinek, mam coś ważnego do powiedzenia. No więc..szukam kogoś, kto mógłby zrobić dla mnie nowy szablon wraz z avatarem. Proszę o pomoc. Pozdrawiam i życzę miłej lektury :*
---------------------------
Ja- Ryan Ross uderzyłem chłopaka dwa razy silniejszego ode mnie. Biłem się z myślami, leżąc na łóżku i jak zwykle spoglądając w sufit. On coś w sobie chyba ma.
Jakim cudem to się stało? Jakim cudem przełamałem strach?
Denerwował mnie natłok myśli w mojej głowie. Było ich zdecydowanie za dużo. Oderwałem wzrok od sufitu i rozejrzałem się po pokoju. Zauważyłem na biurku kilka czystych kartek. Wziąłem długopis i jedną z nich i zacząłem pisać. Pisać wszystko, co leżało mi na sercu. Czułem się jakby w jakimś transie. Nie wiedziałem dokładnie co piszę, nie wiedziałem ile czasu. Po skończeniu przeczytałem wszystko, co znajdowało się na kartce, a następnie z łatwością podzieliłem tekst na części. Zwrotka, przejście, refren..I tak powstał mój pierwszy tekst. Tylko..jak? Jak ja to zrobiłem? Spojrzałem na swoje trzęsące się ręce. Trochę ze zdziwieniem, trochę z przestrachem. Długopis wypadł mi z ręki i potoczył się po podłodze. Ponownie opadłem na łóżko, podkładając ręce pod głowę. I równie szybko zerwałem się na nogi. Coś wpadło mi do głowy. Całkiem nagle. Całkiem niespodziewanie. Bo skoro wszyscy gramy to..może by tak..Może by założyć zespół? Moje oczy zalśniały. Przeanalizowałem pomysł kilka razy, a potem wziąłem tylko kurtkę i wybiegłem z domu.
- Gdzie idziesz?- Usłyszałem głos mamy.
- Do Spencera!- Odkrzyknąłem w biegu, nawet na nią nie patrząc, poczym zamknąłem za sobą drzwi.
Kątem oka widziałem mamę stojącą na werandzie i patrzącą na mnie smutnymi oczyma. Nie możemy tak żyć. Wiem. Ale na razie nie mam innego pomysłu.
- Hm...wiesz co Ryan..to nawet dobry pomysł.- Stwierdził Spencer, gdy wszystko mu opowiedziałem.- A masz ten tekst przy sobie?
- Ale co jest dobrym pomysłem. I jaki tekst?- Zasypał nas pytaniami Brent,który właśnie wpadł do pokoju. Rzucił kurtkę na krzesło, poczym spojrzał na nas wyczekująco.
- No więc...
- Ryan wymyślił, by założyć zespół.- Przerwał mi Spenc.
- O..O.- Wydusił z siebie poinformowany.
- Co ty na to? Nie...nie podoba ci się pomysł?- Spytałem.
- To znaczy..zaskoczyliście mnie tym, więc jestem trochę w szoku, ale..ale myślę, że bym się zgodził.
Przeszło godzina minęła nam na omawianiu pomysłu z zespołem. W końcu, po milionie okrążeń pokoju Spencera, opadłem na łóżku i oznajmiłem:
- Czyli klapa zapadła. Zakładamy zespół!
Spojrzeliśmy każdy na każdego.
- To w sobotę spotkanie u Spenca z instrumentami.- Dodał Brent.
Od razu po wejściu do domu natknąłem się na mamę. Stała w półmroku, owinięta szlafrokiem i o bosych stopach. Czekała.
- Co tu robisz?- Spytałem.- Czekasz?
Zwiesiła głowę. Po chwili podniosła ją i spojrzała na mnie przeszywającym wzrokiem.
- Muszę z Tobą w końu..porozmawiać.
Nie odzywałem się. Rozglądałem się niepewnie, nie wiedząc czy iść, czy rozmawiać.
- Proszę, wysłuchaj mnie..- Powiedziała półtonem.
- Dobrze.- W końu się zgodziłem.
I zamieniłem się w słuch. Przez chwilę panowała cisza, mama jakby powtarzała w myśli ułożone słowa i zastanawiała się czy pozwolić im wydostać się z ust.
- Ryan..ja nie wiem..co powiedzieć.- Rzekła wreszcie,a po jej twarzy spłynęło parę pojedynczych łez.- Przepraszam. Przepraszam, choć wiem, że to nie wystarczy. Wiem za to, że Cię zawiodłam..zostawiłam w takiej chwili. Nie wiem dlaczego..co we mnie wstąpiło..
Zrobiło mi się jej żal. Zwiesiłem głowę i również pozwoliłem łzom płynąć. Mama przytuliła mnie. Poczułem się bezpieczny. Poczułem, że mam kogoś, na kogo jednak mogę liczyć. I, że mimo,iż ten ktoś mnie zawiódł..to go kocham.
- Dasz mi szansę..?- Szepnęła jeszcze.
Skinąłem głową, poczym oparłem ją na jej ramieniu. I trwaliśmy tak w uściusku. Matka z synem. Dwie mimo wszystko kochające się osoby.
------------------
I tak napiszecie, że odcinek fajny..xD No troszkę krótki, ale jest. A co do oceny? Sama nie wiem. Wy ocenicie. Wy czytacie, ja tylko podsuwam wam co ;) Pozdrawiam :*
komentarze [5]

Odcinek 3 >> niedziela, 25 listopada 2007 20:24:07
Leżałem w pokoju na gołej ziemii. Słaby, opadający z sił, niemal mdlejący z głodu. Przymrużonymi oczyma kontemplowałem sufit, raz po raz posyłając wystraszone spojrzenia w stronę drzwi. Co z tego, że mam już zamek..
Podkuliłem nogi i złapałem się za brzuch obolałymi rękoma. Było mi niedobrze.Głowa pulsowała wściekle, siniaki dawały o sobie znać przy każdym ruchu.
Tata trafił do szpitalu.Coś mu się stało. Nie wiem co i nie mam sił ani właściwie ochoty, by się dowiedzieć. Teraz jest w domu. Na szczęście tylko na weekend.
Wczoraj jadłem śniadanie. I od tego czasu nie wziąłem nic do ust.Dlaczego? Boję się opuszczać pokój. Boję się stanąc oko w oko z ojcem. Mama próbowała mnie wyciągnąć, ale nie udało się. Mam zamek i nikt mi nic nie zrobi. A mamie już nie ufam. Wie o tym. Wszystkiego i wszystkich się boję. Jeśli Spencer i Brent po mnie nie przyjdą, całymi dniami siedzę w pokoju. Szczególnie, gdy tata jest w domu.
Poruszyłem się,próbując stworzyć wygodniejszą pozycję. Największy krwawy siniak zabolał niemiłosiernie. Nie umiem przez niego spać na lewym boku.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. To pewnie mama, a w najgorszym przypadku tata. Zakryłem dłońmi uszy.
- Ryan, to ja- Spencer!
Na dźwięk tych słów otworzyłem szeroko oczy, poczym odrywając dłonie od uszu, z trudem się podniosłem i skierowałem swe kroki w kierunku drzwi.
- Cześć Spenc. Przepraszam, myślałem..
- Nie szkodzi.- Przerwał mi.- Przyniosłem ci coś do zjedzenia. Pewnie nic nie jadłeś, co?
- Nie.- Zaprzeczyłem słabym głosem, poczym opadłem na łóżko.
- Proszę.- Przyjaciel podał mi parę kanapek, jabłko i butelkę soku.
- Dziękuję ci, Spencer..-Wyszeptałem, od razu zanurzając zęby w jedzeniu.
- Jedz, jedz. Nie mogę w końcu pozwolić żebyś jeszcze bardziej zmizerniał.
Pierwsze, co poczułem w poniedziałkowy poranek to radość. Radość przebywania poza domem. Czym prędzej zbiegłem na dół się przygotować. Właśnie szykowałem kanapkę, gdy czyjaś ręka spoczęła na moim ramieniu.
- Jak sen...?- Usłyszałem ciche pytanie mamy.
Prędko odskoczyłem do tyłu. Spojrzałem na nią, prześwietlając ją brązowymi oczyma.
- Normalnie.- Odparłem zdawkowo i już miałem wyjść, ale ona znów się odezwała:
- Ryan, wiem że cię zawiodłam. Ja...- Urwała, opierając się o szafkę i kładąc rękę na czole, jakby szukała odpowiednich słów. Ponownie spojrzałem na nią. Co mam powiedzieć? Owszem, zawiodła mnie. Bez słowa wybiegłem z domu.
- Cześć, Ryan? Jak tam weekend? Uczyłeś się na ten test?- Powitał mnie Olly.
- Cześć..a..normalnie. Coś tam przejrzałem..-Skłamałem. Wcale nie normalnie i wcale niczego nie przeglądałem. Nie wiem dlaczego w pełni mu nie ufam. Przecież jest fajny i miły.
- Ah, to czyli dziś też się razem uczymy? U mnie?
- Dobrze, jak chcesz.- Zgodziłem się.
Po chwili doszli do nas Brent ze Spencerem. Olly się ulotnił. Nie wiem czemu nie chce z nimi także przebywać.
- Dalej się z nim kolegujesz?- Spytał Brent.
- Tak, a czemu nie?
- Ja mu nie ufam. Nie wierzę w jego nagłą przemianę.- Odezwał się Spencer, a drugi z chłopców pokiwal głową na znak, że popiera. Ja tylko wzruszyłem ramionami. Nie mam siły na rozmyślanie.
Po powrocie do domu zabrałem się za odrabianie lekcji, a potem wybrałem się do Olly'ego. Zamknąłem drzwi i ruszyłem w dół ulicy. Mam do niego dosyć spory kawałek drogi, ale postanowiłem iść pieszo. Szedłem ze zwieszoną głową, pod ramieniem ściskałem torbę z książkami. Nie obracałem się za siebie, ani nie patrzyłem do przodu. Nagle ktoś zastąpił mi drogę.
- No proszę, Ross! Gdzież zmierzasz? Dokształcasz się, kujonie?- Powiedział jeden z chłopaków z kpiną w głosie. Chodzi ze mną do klasy.
Nic nie powiedziałem, przygniatając książski bardziej do siebie.
- Mowę ci odebrało?A może oszczędzasz na swoje mądrości?- Odezwał się drugi, poczym wszyscy parsknęli śmiechem.
- Przepuście mnie.- Wyszeptałem.
- Co tam mruczysz?
- Przepuście mnie.- Powtórzyłem już głośniej, próbując przejść. Jednak nie ustąpili. Podniosłem głowę, spoglądając na śmiejącą się grupkę. Ci zaczęli mnie szturchać i rzucać kolejnymy hasłami. Upadełem na ziemię, rozsypując książki. Prędko je pozbierałem i równie prędko zerwałem się na nogi. Coś we mnie pękło. Spojrzałem wściekle na o wiele lepiej ode mnie zbudowanych chłopców. Ci nagle ucichli, patrząc na mnie jak na wariata. Zrobiłem krok do przodu, jednak dalej nie mogłem przejść. Zacząłem nerwowo dyszeć. Ni stąd ni zowąd uniosłem rękę i z całej siły uderzyłem tego, który dokuczał mi najbardziej. Ten złapał się za policzek, poczym nieco się ugiął. Reszta stała z otwartymi ustami. Prędko ich ominąłem i zsszokowany pobiegłem przed siebie. Nie poszedłem do Olly'ego.
---------------------------
Odcinek krótki, ale nienajgorszy. Wena mnie naszła, więc musiałam cokolwiek opublikować xD Pozdrawiam :*
komentarze [10]

Odcinek 2 >> piątek, 16 listopada 2007 19:03:39
-Hej, Ryan!- Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich uśmiechnięty od ucha do ucha Spencer.
- Cześć.
- I jak tam gitara? Brent powiedział,że przez ten tydzień choroby cały czas ćwiczysz.
- Tak, strasznie mi się nudzi. Postanowiłem, że wykorzystam to na ćwiczenia. Bardzo mi na tym zależy. A ty jak?
- A, ja na mojej perkusji też gram codziennie.
Uśmiechnąłem się do przyjaciela. Zawsze wprawiał mnie w dobry humor.
- To co, pijemy gorącą czekoladę jak zawsze?- Wyszczerzyłem się.
- No pewnie.- Spenc również wystawił zęby.
Rano w poniedziałek niechętnie poszedłem do szkoły. Wolałbym już siedzieć całymi dniami w domu z gitarą i w towarzystwie Spencera oraz Brenta.
- Cześć, Ryan. Co u ciebie?- Podniosłem głowę i ujrzałem Olly'ego. Co? On się mną interesuje w pozytywny sposób? Niemożliwe.
- Ryan..słyszysz mnie?- Odezwał się ponownie.
- Tak.Dzięki, wszystko w porządku.
- Chciałbym cię przeprosić.
- Dobrze.- Odpowiedziałem głupio, totalnie mnie zamurowało.
- Wiem, że byłem dla ciebie chamski. Przepraszam, już nie będę. To jak, zgoda?
I wtedy zadzwonił dzownek.
- Nie wiem..- Wybąkałem i szybko wszedłem do klasy.
- To kto jeszcze zagra z nami w drużynie?- Zastanawiał się głośno Carl na lekcji wf.
- Może Ryan? Dajmy mu szansę!- Zaproponował Olly. Reszta dziwnie na niego spojrzała, ale po chwili przybrała normalne miny.
- Dobra, chodź Ryan.- Wezwał mnie Carl.
Może Olly przeprosił mnie szczerze? Przecież już mi wogóle nie dokucza, nwet chce mnie w drużynie. A przecież ja nie umiem grać w piłkę nożną.
- Dzięki Olly.- Podszedłem do niego.
- To jak z tą zgodą?
- Ok, nie ma sprawy.
- Piątka!- Ucieszył się chłopak, uderzając swoją ręką w moją. Czyżby jeden przyjaciel więcej?
Wróciłem do domu w świetnym humorze. Mam tylko trzech przyjaciół, ale to i tak dużo. Zazwyczaj o tej porze w domu był tata, z resztą większość dnia w nim spędzał. Teraz odpowiedziała mi głucha cisza. Pobiegłem do góry, rzuciłem plecak na podłogę, poczym ruszyłem do kuchni.
- Halo? Tato, jesteś tu?
Niemożliwe, że o tej godzinie go nie ma. A jednak. Ciszę zakłóca tylko woda wlewana do szklanki. Poszedłem do pokoju, może tata zasnął. Tu też cisza. Odwróciłem się i chciałem wycofać, ale nagle silna ręka chwyciła mnie za ramię.
- Tato, coś nie tak..?
- Ty...dlaczego...nie..po co no?!- Wybełkotał.
Nie. Tylko nie to. Spojrzałem na niego z przestrachem. Nie mylę się, on jest pijany. Ale przecież mu nie wolno!
- No po co!!- Krzyknął.
- Ale ja..-Zacząłem, ale ten szarpnął mnie z taką siłą, że szklanka wypadła mi z rąk i rozbiła się na drobny mak. Struga wody sączyła się po idealnie czystych panelach.
- Puść mnie..proszę..ja nic..ja nie.- Zacząłem błagać ze łzami w oczach.
- Ty..idio..iot..o!- Krzyknął niewyraźnie, poczym kopnął mnie z całej siły. Zgiąłem się w pół z bólu. Po chwili znów poczułem cios..upadłem prosto na kawałki szkła. Po moich policzkach sączyły się wielkie łzy. Nikt mi nie pomoże..Powoli zacząłem się czołgać do drzwi. Jakoś muszę stąd uciec. Jakkolwiek. Znów cios. Ponownie skręcam się z bólu. Ojciec bełkota coś niewyraźnie, ale już go nie słyszę. Myślę tylko gorączkowo o możliwości ucieczki.W atakującym narasta agresja. Zadaje mi kolejne ciosy, aż wreszcie brutalnie przywołuje do pionu i unosi rękę w górę.
- Nie!!- Wrzasnąłem rozpaczliwie.
Nagle usłyszałem ciche kroki. Po chwili w progu stanęła mama. Ze strachu zakryła usta rękoma, torba upadła jej na ziemię.
- Thomas..Proszę, zostaw Ryana..- Powiedziała półtonem.
Zamknąłem oczy. Uścisk stał się jeszcze mocniejszy. Słyszałem łkanie mamy.
- Proszę..-Powtórzyła.
Wiedziałem, że bardzo się boi.
- Ch..o..dź tu.- Powiedział.
Cisza.
- No chodź!!- Niewyraźny rozkaz wypełnił pokój.
Mama nie podchodziła. Otworzyłem oczy. Dalej stała tam gdzie poprzednio, nie ruszając się nawet o krok. Poczułem uderzenie. I następne. Mama wycofała się i..i zaczęła uciekać. Spojrzała jeszcze przez ramię jak tata bije mnie coraz mocniej. Jak mogła?! Jak ona mogła?!
Resztkami sił wyszarpałem się z brutalnych rąk. Upadłem na ziemię. Unukając jego ciosów, na czworakach ruszyłem w stronę drzwi wyjściowych.
Podążał za mną, potykając się co chwilę.
Muszę uciec.
Niestety ojciec złapał mnie i przymierzył się do kolejnego zadania mi bólu. Znów zamknąłem oczy i wtedy...uścisk rozluźnił się. Tata zwalił się na ziemię. Głośno płacząc wydostałem się na zewnątrz i wpół zgięty popędziłem do sąsiedniego domu, do Spencera.
Długo nikt nie otwierał. Bałem się, że tata może się podnieść i mnie znaleźć. Zapukałem ponownie. W końcu w drzwiach stanął Spenc a za nim Brent. Gdy mnie zobaczyli, uśmiechy spełzły im z twarzy.
- Ryan..co..
Przystopowałem łkanie.
- Tata..-Próbowałem dokończyć, ale nie byłem w stanie. Ponownie wybuchnąłem płaczem. Zgiąłem się w pół.
- Trzymaj się.- Powiedział Brent.
Już po chwili przyjaciele zarzucili sobie moje ręce na szyje i zaczęli mnie prowadzić do salonu.
- Już, usiądź. Chcesz...chusteczkę, wody..?- Powiedział Spenc, gdy już usadzili mnie na kanapie.
- Nie..
- Nie płacz, zaraz sprowadzimy twoją mamę.- Próbował mnie pocieszać drugi z chłopców.
- Nie! Nie chcę!- Z moich ust wyrwał się rozpaczliwy krzyk.
- Dlaczego..co się stało?- Zdziwili się.
- Ona..ona..Zostawiła mnie. Zostawiła mnie samego! Uciekła..
-----------------------------------
Same nudy. Sorry no..Wena średnia a długo się nie pisało. Pomyślałam, że wypadałoby coś opublikować, ale niestety nie wyszło..Pozdrawiam wszystkich!
komentarze [7]

Odcinek 1 >> piątek, 9 listopada 2007 20:18:03
Drogi Pamiętniku! Las Vegas, Stan Nevada
16.9.1996

Dzisiejszy dzień znów był nieudany. Teraz siedzę na parapecie w moim pokoju. Szkoda, że nie mam zamka w drzwiach.
Za oknem jest strasznie zimno, wieje,pada deszcz. A wiesz co? Wydaje mi się, że tam jest cieplej niż w tym moim domu.
Smutno mi..znów płaczę. Według mnie prawdziwy mężczyzny to taki, który potrafi płakać. Niektórzy mówią, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze, ale oni na pewno się mylą. Bo ja jestem takim prawdziwym mężczyzną. Bardzo bolą mnie plecy i wogóle wszystko. Gdy podciągnąłem bluzkę zobaczyłem mnóstwo siniaków. Na prawdę boli. Tata mnie pobił..nie lubię jak się upija.
W szkole też mi się zbyt nie podoba. Chłopcy śmieją się ze mnie. Nie wiem czemu. Pani Edgarts mówi,że to dlatego bo jestem od nich dojrzalszy i więcej wiem. Coś w tym stylu. Bo mnie tam nie interesuje ich gadanie. Jest nudne i do niczego nie potrzebne.
Kończę już, bo słyszę tatę. Zaraz tu przyjdzie i jeśli się nie schowam w mojej nowej skrytce, pewnie mnie zbije.
Ryan

Właśnie czytam wpis z mojego pamiętnika sprzed trzech lat. Teraz mam już trzynaście lat i modlę się, żeby te zdarzenia nie wróciły. Wprawdzie w szkole chłopcy dalej za mną nie przepadają (poza Spencerem i Brentem) ale w domu jest lepiej. Tata jest chory i nie może pić alkoholu. Już mnie nie bije. No, może czasami.
Pamiętam, co zdarzyło się, gdy tamtego wieczoru zamknąłem pamiętnik. A tak bardzo chciałbym zapomnieć.
Schowałem się w dużej skrzyni na końcu mojego pokoju. Bardzo się bałem. Po chwili tata wszedł do pokoju. Chwiał się, znów pił. Szukał mnie, ale w końcu skierował się w kierunku drzwi. Odetchnąłem. Niepotrzebnie. Zawrócił i w końcu otworzył skrzynię.W jednej chwili pomieszczenie wypełniły krzyki, płacz. Wyrywałem się. Cios.Płacz i krzyk. Tak na zmianę. Wreszcie wyszarpałem mu się i czym prędzej uciekłem. Z pokoju i z domu. Łzy zmieszane z kroplami deszczu spływały po moich policzkach, wiatr raz po raz rozwiewał moje włosy i wprawiał rozpiętą kurtkę w ruch. Dobiegłem do parku. Tu zwykle się zatrzymywałem, gdy uciekałem bądź w innym celu. Zdyszany opadłem na oparcie ławki i pozwoliłem łzom spływać dalej. I właśnie wtedy nadeszła grupka znajomych chłopaków. Kiedy mnie zobaczyli, wybuchnęli śmiechem.
- O mały, biedny Ross płacze w samotności! Haha!
- Biedaczek, taki wrażliwy! Oczka czerwone..
- Mięczak!- Skwitował jeden z nich, Jak i wszyscy ruszyli dalej, wciąż głośno się śmiejąc. To zajście zraniło mnie jeszcze bardziej. Ponadto nie miałem z kim porozmawiać. Spencer pojechal na urodziny, Brent ma szlaban. Tylko do nich mam zaufanie. Siedziałem tak i siedziałem dość długo aż w końcu ponownie usłyszałem kroki. Zakryłem twarz, bojąc się, że znów zostanę wyśmiany. Ale nie..Po chwili czyjaś ręka spoczęła na moim ramieniu. To mama. Wraca z pracy, jak zwykle o tej porze.
- Mamo..-Wyszeptałem z ulgą.
- Ryan, kochanie..co ty tu robisz?- Zatroskała się.
Spojrzałem tylko na nią smutno.
- Ah tak..-Spuściła wzrok.- Bardzo boli?
- Mhm..-Wyjąkałem, poczym pokazałem jej siniaki.
- Moje biedne słoneczko.- Przytuliła mnie, głaszcząc po głowie.
- Boję się mamo.
- Ja też.
- Co mam zrobić? Nie chcę przebywać z tatą! Nie chcę taty! Nienawidzę go!
Nie wiedziała co zrobić, co powiedzieć.Bardzo mnie kochała, ale bała się ojca tak samo mocno jak ja. Nie potrafiła mnie bronić, uciekała. Nie dziwię się jej..Nie ma silnej psychiki.
- Nie wiem..Musimy się trzymać razem..- Po jej policzkach spłynęło parę łez.
- Mamusiu, ale ja się boję. Boję się taty..
- Obiecuję, że kupię ci zamek do drzwi.- Pocieszyła mnie. Była bezradna. Tak jak ja. Płakała jeszcze bardziej, dalej trwając w uścisku.
- Chodź, synku. Wracamy do domu. Jest bardzo zimno, nie chcę byś się przeziębił.- Powiedziała w końcu, biorąc mnie za rękę. Wolnym krokiem zmierzaliśmy do domu. Ocierając łzy. Bijąc się z myślami. Szukając gdzieś tam głęboko nadziei na lepsze jutro. Próbując odpędzić strach. Z jednym pragnieniem. Normalnie żyć.
--------------------------------------
Oto pierwszy odcinek. Krótki,ale u mnie tak zawsze jest z tym pierwszym ;) Mam nadzieję, że was to choć troszkę zaciekawiło. Pozdrawiam.
komentarze [5]

Welcome.. >> piątek, 9 listopada 2007 14:01:21
Witam wszystkich! Ci którzy mnie znają,wiedzą, że to mój drugi blog w serwisie mylog. Opopwiadanie. O Ryanie Rossie. O świecie widzianym jego oczyma. Uwaga! To nie jest zwykła historia,którą wszyscy znają. To druga wersja jego życia. Coś na zasadzie "co by było gdyby.." Nie gwarantuję,że znajdziecie tu cokolwiek zgodnego z prawdą (nie no, coś będzie xD) ale szykujcie się na zmiany. Zmiany życiorysu Ryana Rossa, który nigdy nie stanie się prawdziwy. Witam w krainie mojej wyobraźni :)

Mój drugi blog www.fob-panic-story.mylog.pl

Pozdrawiam!
komentarze [0]







| Lay&html by Mrs Beckett |
| Photo from deviantart.com |





Book
Look
Add

About me

{akcja}
Fav me
About me

Archiv
2007
listopad (4)
grudzień (2)

2008
styczeń (2)
luty (2)
marzec (2)



Favourites
milion-zachodow-sloncatynkarzmemories-of-broken-heartfob-panic-storycamisado-storyross-second-lifemouth-shutcookiexmonsterin-ross-eyesczikibombom

Clubs


Links
Panic! At The Disco
Official

Others
Refleksje Miss Chalk

Stories
Opowiadanie Turkusia.
Opowiadanie Alicji.
Opowiadanie Kalyyny
W Ciemności Wokół Słońca-opowiadanie Carm.